czwartek, 26 lutego 2015

Jak go uszczęśliwić?

Kochani!

Walentynki zastały mnie na urlopie - Krynica zimą jest przepiękna! Dlatego z lekkim poślizgiem zamieszczam dla Was tekst o zabarwieniu mocno miłosnym. Jak go uszczęśliwić? - jeśli zastanawiałaś się kiedyś nad tym, przeczytaj koniecznie. A jeśli jeszcze (!) roztrząsanie tej kwestii nie przyszło ci do głowy - przeczytaj, bo a nuż odkryjesz coś wartościowego dla Waszego związku.
Zresztą, następny tekst będzie poświęcony JEJ - Jak ją uszczęśliwić? Zwłaszcza, że zbliża się jeden z piękniejszych dni - Dzień Kobiet. Zapraszam również przy okazji do logowania się i komentowania, bądź przesyłania swoich uwag bezpośrednio do mnie. Tymczasem...

Jak go uszczęśliwić?

  Kiedy kogoś szczerze kochamy, zapominamy o sobie. Rodzi się w nas naturalna chęć uszczęśliwiania ukochanej osoby.


Gdyby zapytać rodziców, czego przede wszystkim pragną dla swoich dzieci, odpowiedź najczęściej pewnie brzmiałaby: żeby było szczęśliwe. Nie inaczej jest w dobrym związku pomiędzy kobietą a mężczyzną. Jo Croissant w swojej rewelacyjnej książce „Kobieta – kapłaństwo serca”, podkreśla, że kobieta jest gotowa do małżeństwa wtedy, gdy potrafi stać się darem. Myśl tę jeszcze głębiej uwypuklił ks. Piotr Pawlukiewicz zwracając uwagę na fakt, że Bóg dzieło stworzenia rozpoczął od mężczyzny, ale dzieło zbawienia od kobiety. Wskazuje to na naturę i powołanie kobiety, a także konkretnie przekłada się na życie. Żeby wasze małżeństwo było szczęśliwe, ty jako kobieta masz zadbać o to pierwsza.
Truizmem jest już stwierdzenie, że mężczyźni różnią się od kobiet. Jednak mimo to, często zapominamy o tym fakcie, próbując drugą połówkę uszczęśliwiać „po swojemu”. Jako kobiety częściowo mamy inne potrzeby niż mężczyźni. Czym możesz uszczęśliwić mężczyznę, żeby trafić w sedno jego potrzeb? Oto trzy rady, które powinny sprawdzić się w każdym związku.

  1. Bądź piękna.

Praktycznie sprowadza się to po prostu do dbania o siebie. Usłyszałam kiedyś w autobusie taką rozmowę dwóch koleżanek, które (widocznie) spotkały się przypadkowo po jakimś okresie niewidzenia: „– Ale super wyglądasz! – Tak? Przytyłam ostatnio. – Co się przejmujesz, męża już masz.” Choć może wydawać się to zwłaszcza w dzisiejszych czasach, nieprawdopodobne, niestety, takie myślenie wciąż pokutuje wśród kobiet. Po ślubie własna atrakcyjność fizyczna schodzi na dalszy plan. Przed ślubem dbałaś o sylwetkę, ubiór, makijaż – po zawarciu związku małżeńskiego choćby częściowo po prostu „odpuszczasz” sobie. Bo ważniejszy jest czysty dom, żywieniowe zakupy, codziennie ciepły obiad. Tak, to też jest ważne – ale równie ważna jest twoja atrakcyjność. Co więcej, w małżeństwie widzicie wyraźniej swoje wszelkie braki, także te dotyczące wyglądu. Tymczasem wiele prawdy jest w stwierdzeniu, że „do serca kobiety trafia się przez uszy, a do serca mężczyzny przez oczy”. Twój mąż też nie stracił wzroku po wypowiedzeniu sakramentalnego „tak”. To, co go wciąż uszczęśliwia i zachwyca to Twoje, także fizyczne, piękno.
Polecam postawienie sobie poprzeczki odnośnie własnego wyglądu wyżej niż przed ślubem, niejako „dmuchając na zimne”. Tutaj dwie rady. Pierwsza: kosmetolodzy zauważyli tendencję, że Europejki w dbaniu o siebie, skupiają się głównie na pielęgnacji twarzy, podczas gdy Amerykanki troszczą się w równej mierze o całe ciało. Nie twierdzę, że trzeba ślepo naśladować amerykańskie, przesadzone skupienie na wyglądzie, ale na pewno warto skorzystać z tego, co może nam dobrze służyć. Twoje ciało nie kończy się na szyi. Wklepujesz setki kremów, a ciało traktujesz tylko prysznicem? To nie jest dobra metoda na bycie piękną. Twój mąż widzi cię w pełnej okazałości, zadbaj więc o najmniejszy szczegół twojego ciała, żeby miał szansę go stale zachwycać.
Druga rada: zakładaj częściej to, w czym się podobasz mężowi. Uwielbia cię w małej czarnej? Spraw sobie kilka na różne okazje. Lubi, gdy masz pomalowane paznokcie? Rób manicur nie tylko od święta. Nie twierdzę, że trzeba zupełnie rezygnować z własnych upodobań i robić coś wbrew sobie. Nie bój się jednak „zaryzykować” zmiany. Nierzadko może się okazać, że naprawdę lepiej prezentujesz się w tym, co wybierze dla ciebie mąż, niż w swoich ulubionych, wielkich swetrach czy „przede wszystkim wygodnych” butach.

  1. Kochaj się z nim.

Ta wskazówka chyba nie wymaga długiego komentarza. Miłość fizyczna małżonków jest najpełniejszym aktem wzajemnego oddania się sobie nawzajem. Czułość, która rodzi się w małżonkach podczas wzajemnego, tak wszechogarniającego otwarcia na siebie, ma prawdziwie leczącą moc, daje radość i szczęście. Także na tej płaszczyźnie wspaniale uwypuklają się różnice między kobietą a mężczyzną. Linda Dillow i Lorraine Pintus dobrze uchwyciły sedno tych różnic w żartobliwych słowach: „ona jest jak gliniany rondelek, on jak kuchenka mikrofalowa”. Kobiety są bardziej romantyczne i preferują długie zbliżenia, mężczyznom „nie przeszkadza” gdy jest odwrotnie. Jako kobiety i żony musimy zdać sobie sprawę, że oboje takich odmiennych zbliżeń
potrzebujemy. Trzeba zrozumieć też męski punkt widzenia: on potrzebuje takiego „surowego”, szybkiego seksu. I dopowiedzieć – bo tego najbardziej obawiają się kobiety – taki seks również jest dla niego wyrazem miłości. Kobieta lubi gdy poświęca się jej czas, bo czuje się wtedy ważna i adorowana, dlatego szybki seks kojarzy się jej automatycznie z brakiem uczucia czy nawet szacunku. W rzeczywistości jednak tak nie jest. Maż kocha cię wtedy tak samo, jak podczas długich zbliżeń. Skoro rutyna jest największym wrogiem w sypialni, można wprowadzić urozmaicenie również przez zmienność długości zbliżenia.

  1. Zaskocz go pozytywnie, w „kulejącym” temacie.

Każda para ma obszary, które są najczęstszym powodem kłótni, Tradycyjnie, wszyscy kłócą się o pieniądze i o relacje z teściami, ale ludzka ułomność zapewnia duże szersze spectrum do konfliktu. Wy też na pewno macie swoje osobiste „pola minowe”. Jeśli chcesz go uszczęśliwić, popracuj nad sobą w kwestii, w której twoje zachowanie jest dla niego najtrudniejsze lub najbardziej przykre. Czasami mogą to być drobiazgi typu: nie lubi, gdy jesz w łóżku, gdy zastawiasz jego biurko swoimi drobiazgami albo zostawiasz zachlapaną łazienkę. Ale mogą to być też sprawy o większym znaczeniu: nie gotujesz, więc musicie żywić się na mieście, jesteś bałaganiarą albo głośno słuchasz muzyki. Każda zmiana zaczyna się od pierwszego kroku w jej kierunku, więc jeśli przykładowo drażnią go twoje „wybitne zdolności” w zakresie tworzenia nieporządku, zrób mu niespodziankę i wysprzątaj całe mieszkanie, łącznie z czynnościami, które zazwyczaj robi on. Nie lubisz gotować – wysil się i przygotuj chociażby najprostszy obiad. Na zasadzie odwrotności możesz go zaskoczyć pozytywną zmianą w każdej, nawet – wydawałoby się – najbardziej błahej dziedzinie. Przy okazji możesz się mile zdziwić, gdy na drugi dzień on bez zwyczajowego proszenia sam pojedzie po cięższe zakupy albo zawiesi półkę, która czekała na zainteresowanie od dwóch tygodni.

Ostatnie dwie rady są tak uniwersalne, że niejako trzeba by je przyporządkować do obowiązków żony, a nie specjalnych metod uszczęśliwiania męża. Gdy ich zabraknie, jest raczej mało prawdopodobne, by twój mąż czuł się szczęśliwy, nawet gdybyś w 100 procentach realizowała trzy wyżej wymienione pomysły.
Dlatego, po pierwsze: bądź zawsze po jego stronie, zwłaszcza w towarzystwie i wobec rodziców. Od ślubu jesteście „jednym ciałem”: jego sukces jest twoim sukcesem, jego porażka jest twoją porażką. Wprowadzanie do związku jakiejkolwiek rywalizacji jest kompletną pomyłką. Sprowadza się to także do zwyczajnych, życiowych sytuacji: odwiedziny znajomych, rodzinnych imprez, spotkań na gruncie zawodowym. Jesteście drużyną, ty wspierasz jego, on ciebie. Nie ma chyba nic bardziej smutnego, niż widok par, które publicznie wytykają sobie swoje wady. A on, jako mężczyzna jest na tym punkcie wyjątkowo czuły. Jesteś jego żoną i masz ten przywilej, że znasz jego najskrytsze słabości, do których nawet sam czasami nie chce się przyznać: zachowanie tej wiedzy tylko dla siebie nie jest przejawem „dulszczyzny”, ale właśnie mądrości i taktu.
I na koniec: módl się za swojego męża. Od tego „przykazania” powinno się wręcz zaczynać wszelkie działanie. Cokolwiek o sobie sądzisz, prawda jest taka, że nie jesteś na tyle nieomylna, wspaniała i doskonała, żeby móc być być dla niego „alfą i omegą”. Twoje miejsce w szeregu jest po Bogu. Czy to nie wystarczająco wysoko?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz