Walentynki zastały mnie na urlopie - Krynica zimą jest przepiękna! Dlatego z lekkim poślizgiem zamieszczam dla Was tekst o zabarwieniu mocno miłosnym. Jak go uszczęśliwić? - jeśli zastanawiałaś się kiedyś nad tym, przeczytaj koniecznie. A jeśli jeszcze (!) roztrząsanie tej kwestii nie przyszło ci do głowy - przeczytaj, bo a nuż odkryjesz coś wartościowego dla Waszego związku.
Zresztą, następny tekst będzie poświęcony JEJ - Jak ją uszczęśliwić? Zwłaszcza, że zbliża się jeden z piękniejszych dni - Dzień Kobiet. Zapraszam również przy okazji do logowania się i komentowania, bądź przesyłania swoich uwag bezpośrednio do mnie. Tymczasem...
Jak go uszczęśliwić?
Kiedy kogoś szczerze kochamy, zapominamy o sobie. Rodzi się w nas naturalna chęć uszczęśliwiania ukochanej osoby.
Gdyby zapytać rodziców,
czego przede wszystkim pragną dla swoich dzieci, odpowiedź
najczęściej pewnie brzmiałaby: żeby było szczęśliwe. Nie
inaczej jest w dobrym związku pomiędzy kobietą a mężczyzną. Jo
Croissant w swojej rewelacyjnej książce „Kobieta – kapłaństwo
serca”, podkreśla, że kobieta jest gotowa do małżeństwa wtedy,
gdy potrafi stać się darem. Myśl tę jeszcze głębiej uwypuklił
ks. Piotr Pawlukiewicz zwracając uwagę na fakt, że Bóg dzieło
stworzenia rozpoczął od mężczyzny, ale dzieło zbawienia od
kobiety. Wskazuje to na naturę i powołanie kobiety, a także
konkretnie przekłada się na życie. Żeby wasze małżeństwo było
szczęśliwe, ty jako kobieta masz zadbać o to pierwsza.
Truizmem jest już
stwierdzenie, że mężczyźni różnią się od kobiet. Jednak mimo
to, często zapominamy o tym fakcie, próbując drugą połówkę
uszczęśliwiać „po swojemu”. Jako kobiety częściowo mamy inne
potrzeby niż mężczyźni. Czym możesz uszczęśliwić mężczyznę,
żeby trafić w sedno jego potrzeb? Oto trzy rady, które powinny
sprawdzić się w każdym związku.
- Bądź piękna.
Praktycznie sprowadza się
to po prostu do dbania o siebie. Usłyszałam kiedyś w autobusie
taką rozmowę dwóch koleżanek, które (widocznie) spotkały się
przypadkowo po jakimś okresie niewidzenia: „– Ale super
wyglądasz! – Tak? Przytyłam ostatnio. – Co się przejmujesz,
męża już masz.” Choć może wydawać się to zwłaszcza w
dzisiejszych czasach, nieprawdopodobne, niestety, takie myślenie
wciąż pokutuje wśród kobiet. Po ślubie własna atrakcyjność
fizyczna schodzi na dalszy plan. Przed ślubem dbałaś o sylwetkę,
ubiór, makijaż – po zawarciu związku małżeńskiego choćby
częściowo po prostu „odpuszczasz” sobie. Bo ważniejszy jest
czysty dom, żywieniowe zakupy, codziennie ciepły obiad. Tak, to też
jest ważne – ale równie ważna jest twoja atrakcyjność. Co
więcej, w małżeństwie widzicie wyraźniej swoje wszelkie braki,
także te dotyczące wyglądu. Tymczasem wiele prawdy jest w
stwierdzeniu, że „do serca kobiety trafia się przez uszy, a do
serca mężczyzny przez oczy”. Twój mąż też nie stracił
wzroku po wypowiedzeniu sakramentalnego „tak”. To, co go wciąż
uszczęśliwia i zachwyca to Twoje, także fizyczne, piękno.
Polecam postawienie sobie
poprzeczki odnośnie własnego wyglądu wyżej niż przed ślubem,
niejako „dmuchając na zimne”. Tutaj dwie rady. Pierwsza:
kosmetolodzy zauważyli tendencję, że Europejki w dbaniu o siebie,
skupiają się głównie na pielęgnacji twarzy, podczas gdy
Amerykanki troszczą się w równej mierze o całe ciało. Nie
twierdzę, że trzeba ślepo naśladować amerykańskie, przesadzone
skupienie na wyglądzie, ale na pewno warto skorzystać z tego, co
może nam dobrze służyć. Twoje ciało nie kończy się na szyi.
Wklepujesz setki kremów, a ciało traktujesz tylko prysznicem? To
nie jest dobra metoda na bycie piękną. Twój mąż widzi cię w
pełnej okazałości, zadbaj więc o najmniejszy szczegół twojego
ciała, żeby miał szansę go stale zachwycać.
Druga rada: zakładaj
częściej to, w czym się podobasz mężowi. Uwielbia cię w małej
czarnej? Spraw sobie kilka na różne okazje. Lubi, gdy masz
pomalowane paznokcie? Rób manicur nie tylko od święta. Nie
twierdzę, że trzeba zupełnie rezygnować z własnych upodobań i
robić coś wbrew sobie. Nie bój się jednak „zaryzykować”
zmiany. Nierzadko może się okazać, że naprawdę lepiej
prezentujesz się w tym, co wybierze dla ciebie mąż, niż w swoich
ulubionych, wielkich swetrach czy „przede wszystkim wygodnych”
butach.
- Kochaj się z nim.
Ta
wskazówka chyba nie wymaga długiego komentarza. Miłość fizyczna
małżonków jest najpełniejszym aktem wzajemnego oddania się sobie
nawzajem. Czułość, która rodzi się w małżonkach podczas
wzajemnego, tak wszechogarniającego otwarcia na siebie, ma
prawdziwie leczącą moc, daje radość i szczęście. Także na tej
płaszczyźnie wspaniale uwypuklają się różnice między kobietą
a mężczyzną. Linda Dillow i Lorraine Pintus dobrze uchwyciły
sedno tych różnic w żartobliwych słowach: „ona jest jak
gliniany rondelek, on jak kuchenka mikrofalowa”. Kobiety są
bardziej romantyczne i preferują długie zbliżenia, mężczyznom
„nie przeszkadza” gdy jest odwrotnie. Jako kobiety i żony musimy
zdać sobie sprawę, że oboje takich odmiennych zbliżeń
potrzebujemy.
Trzeba zrozumieć też męski punkt widzenia: on potrzebuje takiego
„surowego”, szybkiego seksu. I dopowiedzieć – bo tego
najbardziej obawiają się kobiety – taki seks również jest dla
niego wyrazem miłości. Kobieta lubi gdy poświęca się jej czas,
bo czuje się wtedy ważna i adorowana, dlatego szybki seks kojarzy
się jej automatycznie z brakiem uczucia czy nawet szacunku. W
rzeczywistości jednak tak nie jest. Maż kocha cię wtedy tak samo,
jak podczas długich zbliżeń. Skoro rutyna jest największym
wrogiem w sypialni, można wprowadzić urozmaicenie również przez
zmienność długości zbliżenia.
- Zaskocz go pozytywnie, w „kulejącym” temacie.
Każda
para ma obszary, które są najczęstszym powodem kłótni,
Tradycyjnie, wszyscy kłócą się o pieniądze i o relacje z
teściami, ale ludzka ułomność zapewnia duże szersze spectrum do
konfliktu. Wy też na pewno macie swoje osobiste „pola minowe”.
Jeśli chcesz go uszczęśliwić, popracuj nad sobą w kwestii, w
której twoje zachowanie jest dla niego najtrudniejsze lub
najbardziej przykre. Czasami mogą to być drobiazgi typu: nie lubi,
gdy jesz w łóżku, gdy zastawiasz jego biurko swoimi drobiazgami
albo zostawiasz zachlapaną łazienkę. Ale mogą to być też sprawy
o większym znaczeniu: nie gotujesz, więc musicie żywić się na
mieście, jesteś bałaganiarą albo głośno słuchasz muzyki. Każda
zmiana zaczyna się od pierwszego kroku w jej kierunku, więc jeśli
przykładowo drażnią go twoje „wybitne zdolności” w zakresie
tworzenia nieporządku, zrób mu niespodziankę i wysprzątaj całe
mieszkanie, łącznie z czynnościami, które zazwyczaj robi on. Nie
lubisz gotować – wysil się i przygotuj chociażby najprostszy
obiad. Na zasadzie odwrotności możesz go zaskoczyć pozytywną
zmianą w każdej, nawet – wydawałoby się – najbardziej błahej
dziedzinie. Przy okazji możesz się mile zdziwić, gdy na drugi
dzień on bez zwyczajowego proszenia sam pojedzie po cięższe zakupy
albo zawiesi półkę, która czekała na zainteresowanie od dwóch
tygodni.
Ostatnie
dwie rady są tak uniwersalne, że niejako trzeba by je
przyporządkować do obowiązków żony, a nie specjalnych metod
uszczęśliwiania męża. Gdy ich zabraknie, jest raczej mało
prawdopodobne, by twój mąż czuł się szczęśliwy, nawet gdybyś
w 100 procentach realizowała trzy wyżej wymienione pomysły.
Dlatego,
po pierwsze: bądź zawsze po jego stronie,
zwłaszcza w towarzystwie i wobec rodziców. Od ślubu jesteście
„jednym ciałem”: jego sukces jest twoim sukcesem, jego porażka
jest twoją porażką. Wprowadzanie do związku jakiejkolwiek
rywalizacji jest kompletną pomyłką. Sprowadza się to także do
zwyczajnych, życiowych sytuacji: odwiedziny znajomych, rodzinnych
imprez, spotkań na gruncie zawodowym. Jesteście drużyną, ty
wspierasz jego, on ciebie. Nie ma chyba nic bardziej smutnego, niż
widok par, które publicznie wytykają sobie swoje wady. A on, jako
mężczyzna jest na tym punkcie wyjątkowo czuły. Jesteś jego żoną
i masz ten przywilej, że znasz jego najskrytsze słabości, do
których nawet sam czasami nie chce się przyznać: zachowanie tej
wiedzy tylko dla siebie nie jest przejawem „dulszczyzny”, ale
właśnie mądrości i taktu.
I
na koniec: módl się za swojego męża.
Od tego „przykazania” powinno się wręcz zaczynać wszelkie
działanie. Cokolwiek o sobie sądzisz, prawda jest taka, że nie
jesteś na tyle nieomylna, wspaniała i doskonała, żeby móc być
być dla niego „alfą i omegą”. Twoje miejsce w szeregu jest po
Bogu. Czy to nie wystarczająco wysoko?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz