Dystymia - wszystko doprawione smutkiem
Dystymia rozwija się powoli i podstępnie. Chory nie wie, że jego ciągły brak energii i pesymistyczny odbiór świata są czymś nieprawidłowym.
Na
forum poświęconemu dystymii wypowiada się osoba określona nickiem
freak:
„W
dystymii czujesz przygnębienie, smutek czy nawet lęk praktycznie
zawsze, staje się to normą dla twojego sposobu funkcjonowania.
Można je właściwie uznawać wręcz za cechy charakteru. Za to
rzadziej wpadasz w typowy depresyjny letarg i wszystko utrzymuje się
na dosyć stabilnym poziomie – tak jakby wymagane było od osoby,
by do tego przywykła.
Ja nigdy nie doświadczyłam czegoś takiego, jak niektórzy opisują, że "wszystko w moim życiu było super, potem zaczęło się zmieniać, pojawiła się depresja". Coś zawsze było nie tak, odkąd pamiętam. Nie dzielę dni na dobre i złe, bo ten smutek i lęk oraz różne inne dziwne uczucia są zawsze ze mną. To jak być za czarną, lekko prześwitującą kurtyną, za którą toczy się życie. Nie umiem wspominać niczego dobrze, korzystać ze znajomości, cieszyć się wytworami swojego hobby, wszystko musi zostać naznaczone plamą przygnębienia i wstydu z bycia samą sobą”.
Ja nigdy nie doświadczyłam czegoś takiego, jak niektórzy opisują, że "wszystko w moim życiu było super, potem zaczęło się zmieniać, pojawiła się depresja". Coś zawsze było nie tak, odkąd pamiętam. Nie dzielę dni na dobre i złe, bo ten smutek i lęk oraz różne inne dziwne uczucia są zawsze ze mną. To jak być za czarną, lekko prześwitującą kurtyną, za którą toczy się życie. Nie umiem wspominać niczego dobrze, korzystać ze znajomości, cieszyć się wytworami swojego hobby, wszystko musi zostać naznaczone plamą przygnębienia i wstydu z bycia samą sobą”.
„Mi
przede wszystkim nic się nie chce, brak mi jakiejkolwiek motywacji,
celu, coraz mniej rzeczy sprawia mi faktyczną przyjemność, każdy
dzień jest tak samo bezsensowny jak poprzedni”
(nick: trash).
„Wydaje
mi się, że każda depresja musi się kiedyś skończyć. Każda
osoba z depresją może w końcu "przezimować" swoje
problemy, odnaleźć punkt zwrotny i rozpocząć życie na nowo.
Tymczasem w dystymii trudno znaleźć ukojenie. Może dojść do
sytuacji, że dystymia stanie się naszym towarzyszem na całe życie”
(nick: Lon
Luvois Fuller).
Oto kilka przykładów wypowiedzi
osób zmagających się z dystymią. Przebrzmiewa w nich bezradność,
pogodzenie się ze smutnym losem i brak nadziei, że coś się kiedyś
zmieni. Czy tak musi być w rzeczywistości? Czym jest i jak leczyć
to wciąż tajemnicze zaburzenie?
Już
choroba, czy jeszcze „taka uroda”?
O
ile ogólnie z tematem depresji jesteśmy jako społeczeństwo już
raczej oswojeni, o tyle pojęcie dystymii raczej nie jest popularne.
Tymczasem cierpi na nią około 3 procent populacji. Tyle
przynajmniej osób leczy się na dystymię, bo oczywiście nie ma
żadnych danych, ile ludzi faktycznie na nią cierpi. A może ich być
znacznie więcej. Nie chodzi o to, żeby szukać problemu tam, gdzie
go nie ma. Jednak część osób cierpiących na dystymię może nie
mieć świadomości, że ów smutek, bezsens i brak energii, które
towarzyszą im „od zawsze”, klasyfikuje się do leczenia.
Depresyjny
nastrój, w którym człowiek jest
w stanie sprostać codziennym obowiązkom, gdyż tak najkrócej można
by określić dystymię, nie jest „takim po prostu typem urody”,
ale chorobą.
Dystymię klasyfikuje się na
podstawie wielu szczegółowych danych. Nie wystarczy stwierdzenie:
„zawsze jestem smutny”, choć trzeba przyznać, że może być
ono jakimś naprowadzającym na to schorzenie tropem. Uznaje się, że
jeśli stwierdzimy u siebie co najmniej trzy spośród poniższych
objawów, należy zacząć się leczyć.
- niska samoocena, brak przekonania o własnych możliwościach
- pesymizm
- brak zainteresowań
- zmniejszenie zdolności do przeżywania przyjemnych emocji
- wycofanie społeczne
- poczucie stałego zmęczenia
- poczucie winy
- ujemna ocena przeszłości
- subiektywne odczuwanie rozdrażnienia lub obiektywnie stwierdzona drażliwość
- zmniejszenie wydolności i efektywności działań
- zaburzenia koncentracji uwagi i pamięci
- trudności w podejmowaniu decyzji
Najczęściej
dystymia pojawia się przed 18 r.ż. rozwijając się powoli i
podstępnie.
Chory po prostu nie wie, że jego pesymistyczny odbiór świata jest
czymś nieprawidłowym.
Tymczasem, nie tylko skazuje się na niepotrzebne cierpienie, ale i
ryzykuje pojawieniem się u niego kolejnych zaburzeń psychicznych.
Współwystępowanie chorób psychicznych to jeden ze skutków
nieleczonej dystymii. Może prowadzić ona do ciężkiej depresji,
choroby afektywnej dwubiegunowej, fobii, a nawet, zwłaszcza przy
bardzo nasilonym lęku – do zaburzeń psychotycznych.
Światełka
w tunelu
Wszelkie zaburzenia psychiczne
można leczyć na dwa sposoby, najlepiej stosując je równolegle: są
to psychoterapia i farmakologia. Okazuje się jednak, że w przypadku
dystymii sprawa nie jest taka prosta. Pierwsze próby leczenia
dystymii psychoterapią, głównie analityczną (lata 70.) okazały
się rozczarowujące. Jednak po odejściu od tej formy leczenia,
podobne wyniki uzyskano stosując tylko farmakoterapię. Jedynie 1/2
pacjentów zażywających różnego rodzaju leki, poczuła
jakąkolwiek poprawę. Z braku istnienia trzeciej formy leczenia,
powrócono do psychoterapii kierując się na jej nowe, różnorodne
formy: poznawczą, behawioralną, interpersonalną, dynamiczną,
krótko i długoterminową.
Obecnie
za najbardziej skuteczne w leczeniu dystymii uważa się połączenie
terapii poznawczej z behawioralną,
przy indywidualnym doborze długości jej trwania. Chory w jej
trakcie ma szansę nauczyć się modyfikowania irracjonalnych
negatywnych myśli, co w dalszej kolejności wpływa na wycofanie się
pozostałych objawów.
Leki
antydepresyjne nowej generacji są koleją nadzieją na poprawę
stanu dystymików.
W ciągu ostatnich 10 lat wykazano, że przynoszą one korzystne
efekty terapeutyczne w 70 procentach przypadków.
Inne badania pokazują jednak, że
nawet zdiagnozowana dystymia bywa niedostatecznie leczona.
Chorzy
zamiast wytrwale poddawać się terapii, wolą „zwycięstwo przez
klęskę”, utrzymując się w stanie cierpienia, do którego, bądź
co bądź, zdążyli już przywyknąć. Warto więc, jeśli zauważymy
u swoich bliskich podobne problemy, pomóc im spróbować zmierzyć
się z negatywną wizją siebie i świata. Podstępna twarz dystymii
utrudnia dostrzeżenie jakiegokolwiek „światełka w tunelu”.
Podważenie
poglądu „zawsze taki byłem, jestem i zawsze będę” stanowi
bodajże największe wyzwanie w podjęciu decyzji o leczeniu i jego
kontynuacji.
Ale ten podstawowy wysiłek każdy musi już wykonać samodzielnie.
Przy
pisaniu artykułu wspierałam się książką „Dystymia
– rozpoznanie, obraz kliniczny, przebieg, leczenie”
Jolanty Rabe – Jabłońskiej, Małgorzaty Rzewuskiej, Wydawnictwo
Medyczne Urban&Partner.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz