sobota, 7 listopada 2015

Dystymia - wszystko doprawione smutkiem

Wiem, że wszelkiego rodzaju schorzeń psychicznych jest od metra i najgorsze co można zrobić, to zacząć czytać o ich objawach, gdyż nagle wszystkie zauważa się u siebie... Jednak z pewnością nikt nie odmówi racji temu, że świadomość zagrożeń psychicznych jest ważna. Napisałam dla Was tekst o dystymii - specyficznym rodzaju depresji. A o ile o samej depresji wiemy już wiele, o tyle... - ale o tym już w tekście. Zapraszam!


Dystymia - wszystko doprawione smutkiem

Dystymia rozwija się powoli i podstępnie. Chory nie wie, że jego ciągły brak energii i pesymistyczny odbiór świata są czymś nieprawidłowym.


Na forum poświęconemu dystymii wypowiada się osoba określona nickiem freak:
W dystymii czujesz przygnębienie, smutek czy nawet lęk praktycznie zawsze, staje się to normą dla twojego sposobu funkcjonowania. Można je właściwie uznawać wręcz za cechy charakteru. Za to rzadziej wpadasz w typowy depresyjny letarg i wszystko utrzymuje się na dosyć stabilnym poziomie – tak jakby wymagane było od osoby, by do tego przywykła.
Ja nigdy nie doświadczyłam czegoś takiego, jak niektórzy opisują, że "wszystko w moim życiu było super, potem zaczęło się zmieniać, pojawiła się depresja".
Coś zawsze było nie tak, odkąd pamiętam. Nie dzielę dni na dobre i złe, bo ten smutek i lęk oraz różne inne dziwne uczucia są zawsze ze mną. To jak być za czarną, lekko prześwitującą kurtyną, za którą toczy się życie. Nie umiem wspominać niczego dobrze, korzystać ze znajomości, cieszyć się wytworami swojego hobby, wszystko musi zostać naznaczone plamą przygnębienia i wstydu z bycia samą sobą”.
Mi przede wszystkim nic się nie chce, brak mi jakiejkolwiek motywacji, celu, coraz mniej rzeczy sprawia mi faktyczną przyjemność, każdy dzień jest tak samo bezsensowny jak poprzedni” (nick: trash).
Wydaje mi się, że każda depresja musi się kiedyś skończyć. Każda osoba z depresją może w końcu "przezimować" swoje problemy, odnaleźć punkt zwrotny i rozpocząć życie na nowo. Tymczasem w dystymii trudno znaleźć ukojenie. Może dojść do sytuacji, że dystymia stanie się naszym towarzyszem na całe życie” (nick: Lon Luvois Fuller).
Oto kilka przykładów wypowiedzi osób zmagających się z dystymią. Przebrzmiewa w nich bezradność, pogodzenie się ze smutnym losem i brak nadziei, że coś się kiedyś zmieni. Czy tak musi być w rzeczywistości? Czym jest i jak leczyć to wciąż tajemnicze zaburzenie?

Już choroba, czy jeszcze „taka uroda”?

O ile ogólnie z tematem depresji jesteśmy jako społeczeństwo już raczej oswojeni, o tyle pojęcie dystymii raczej nie jest popularne. Tymczasem cierpi na nią około 3 procent populacji. Tyle przynajmniej osób leczy się na dystymię, bo oczywiście nie ma żadnych danych, ile ludzi faktycznie na nią cierpi. A może ich być znacznie więcej. Nie chodzi o to, żeby szukać problemu tam, gdzie go nie ma. Jednak część osób cierpiących na dystymię może nie mieć świadomości, że ów smutek, bezsens i brak energii, które towarzyszą im „od zawsze”, klasyfikuje się do leczenia. Depresyjny nastrój, w którym człowiek jest w stanie sprostać codziennym obowiązkom, gdyż tak najkrócej można by określić dystymię, nie jest „takim po prostu typem urody”, ale chorobą.
Dystymię klasyfikuje się na podstawie wielu szczegółowych danych. Nie wystarczy stwierdzenie: „zawsze jestem smutny”, choć trzeba przyznać, że może być ono jakimś naprowadzającym na to schorzenie tropem. Uznaje się, że jeśli stwierdzimy u siebie co najmniej trzy spośród poniższych objawów, należy zacząć się leczyć.

  1. niska samoocena, brak przekonania o własnych możliwościach
  2. pesymizm
  3. brak zainteresowań
  4. zmniejszenie zdolności do przeżywania przyjemnych emocji
  5. wycofanie społeczne
  6. poczucie stałego zmęczenia
  7. poczucie winy
  8. ujemna ocena przeszłości
  9. subiektywne odczuwanie rozdrażnienia lub obiektywnie stwierdzona drażliwość
  10. zmniejszenie wydolności i efektywności działań
  11. zaburzenia koncentracji uwagi i pamięci
  12. trudności w podejmowaniu decyzji

Najczęściej dystymia pojawia się przed 18 r.ż. rozwijając się powoli i podstępnie. Chory po prostu nie wie, że jego pesymistyczny odbiór świata jest czymś nieprawidłowym. Tymczasem, nie tylko skazuje się na niepotrzebne cierpienie, ale i ryzykuje pojawieniem się u niego kolejnych zaburzeń psychicznych. Współwystępowanie chorób psychicznych to jeden ze skutków nieleczonej dystymii. Może prowadzić ona do ciężkiej depresji, choroby afektywnej dwubiegunowej, fobii, a nawet, zwłaszcza przy bardzo nasilonym lęku – do zaburzeń psychotycznych.

Światełka w tunelu

Wszelkie zaburzenia psychiczne można leczyć na dwa sposoby, najlepiej stosując je równolegle: są to psychoterapia i farmakologia. Okazuje się jednak, że w przypadku dystymii sprawa nie jest taka prosta. Pierwsze próby leczenia dystymii psychoterapią, głównie analityczną (lata 70.) okazały się rozczarowujące. Jednak po odejściu od tej formy leczenia, podobne wyniki uzyskano stosując tylko farmakoterapię. Jedynie 1/2 pacjentów zażywających różnego rodzaju leki, poczuła jakąkolwiek poprawę. Z braku istnienia trzeciej formy leczenia, powrócono do psychoterapii kierując się na jej nowe, różnorodne formy: poznawczą, behawioralną, interpersonalną, dynamiczną, krótko i długoterminową.
Obecnie za najbardziej skuteczne w leczeniu dystymii uważa się połączenie terapii poznawczej z behawioralną, przy indywidualnym doborze długości jej trwania. Chory w jej trakcie ma szansę nauczyć się modyfikowania irracjonalnych negatywnych myśli, co w dalszej kolejności wpływa na wycofanie się pozostałych objawów.
Leki antydepresyjne nowej generacji są koleją nadzieją na poprawę stanu dystymików. W ciągu ostatnich 10 lat wykazano, że przynoszą one korzystne efekty terapeutyczne w 70 procentach przypadków.
Inne badania pokazują jednak, że nawet zdiagnozowana dystymia bywa niedostatecznie leczona.
Chorzy zamiast wytrwale poddawać się terapii, wolą „zwycięstwo przez klęskę”, utrzymując się w stanie cierpienia, do którego, bądź co bądź, zdążyli już przywyknąć. Warto więc, jeśli zauważymy u swoich bliskich podobne problemy, pomóc im spróbować zmierzyć się z negatywną wizją siebie i świata. Podstępna twarz dystymii utrudnia dostrzeżenie jakiegokolwiek „światełka w tunelu”. Podważenie poglądu „zawsze taki byłem, jestem i zawsze będę” stanowi bodajże największe wyzwanie w podjęciu decyzji o leczeniu i jego kontynuacji. Ale ten podstawowy wysiłek każdy musi już wykonać samodzielnie.


Przy pisaniu artykułu wspierałam się książką „Dystymia – rozpoznanie, obraz kliniczny, przebieg, leczenie” Jolanty Rabe – Jabłońskiej, Małgorzaty Rzewuskiej, Wydawnictwo Medyczne Urban&Partner.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz