Po długiej przerwie spowodowanej czymś, czym mam nadzieję pochwalę się tutaj do kilku tygodni, wracam z recenzją świetnej książki, baardzo psychologicznej, trochę nawet uduchowionej... Zatem:
W książce Richarda Paula Evansa
„Ścieżki nadziei” Alan Christoffersen pokonuje ostatni etap
pieszej wędrówki przez Amerykę, którą rozpoczął kilka dni po
śmierci swojej żony, utracie firmy i domu. Podróż być może jest
trochę nietypowym sposobem na radzenie sobie z traumami, ale jak to
się okazuje w przypadku Alana - jednak skutecznym. W tej ostatniej
części historii Alana, bohater stanie przed koniecznością
pożegnania się na zawsze ze swoim ojcem, a także z nową miłością.
Więcej przyszłym czytelnikom nie zdradzę, żeby nie odbierać
smaku samodzielnego odkrywania dalszych losów Alana.
Jak w każdej z części opowieści
Alan dzieli się z czytelnikiem nie tylko swoimi przemyśleniami na
temat życia, ale i oryginalnymi historiami ludzi, których spotyka
na swojej drodze.
Alan w „Ścieżkach nadziei” staje
się mężczyzną w pełni dojrzałym, który potrafi przyjąć
zarówno pozytywne, radosne doświadczenia, jak i te pełne bólu i
powodujące cierpienie. W tym drugim przypadku nasz bohater nie
roztkliwia się nad sobą, ani też nie popada w czarną rozpacz. Już
rozumie, że taka jest natura życia: niesie ono ze sobą i radość
i ból.
Książka napisana jest prostym,
bezpretensjonalnym językiem: czytając można mieć wrażenie, że
oto siedzi się z głównym bohaterem przy kawie, słuchając jego
barwnych opowieści. Fakt, iż niektóre zdarzenia opisane w książce
wydarzyły się naprawdę, sprawia że śledzimy historię Alana z
zapartym tchem i mocno mu kibicujemy, życząc, żeby niesamowita
przygoda, którą sobie (i nam) zafundował, przyniosła mu pociechę.
A na koniec również i nam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz