poniedziałek, 9 stycznia 2017

O książce, która przynosi pociechę...

Po długiej przerwie spowodowanej czymś, czym mam nadzieję pochwalę się tutaj do kilku tygodni, wracam z recenzją świetnej książki, baardzo psychologicznej, trochę nawet uduchowionej... Zatem:



W książce Richarda Paula Evansa „Ścieżki nadziei” Alan Christoffersen pokonuje ostatni etap pieszej wędrówki przez Amerykę, którą rozpoczął kilka dni po śmierci swojej żony, utracie firmy i domu. Podróż być może jest trochę nietypowym sposobem na radzenie sobie z traumami, ale jak to się okazuje w przypadku Alana - jednak skutecznym. W tej ostatniej części historii Alana, bohater stanie przed koniecznością pożegnania się na zawsze ze swoim ojcem, a także z nową miłością. Więcej przyszłym czytelnikom nie zdradzę, żeby nie odbierać smaku samodzielnego odkrywania dalszych losów Alana.
Jak w każdej z części opowieści Alan dzieli się z czytelnikiem nie tylko swoimi przemyśleniami na temat życia, ale i oryginalnymi historiami ludzi, których spotyka na swojej drodze.
Alan w „Ścieżkach nadziei” staje się mężczyzną w pełni dojrzałym, który potrafi przyjąć zarówno pozytywne, radosne doświadczenia, jak i te pełne bólu i powodujące cierpienie. W tym drugim przypadku nasz bohater nie roztkliwia się nad sobą, ani też nie popada w czarną rozpacz. Już rozumie, że taka jest natura życia: niesie ono ze sobą i radość i ból.
Książka napisana jest prostym, bezpretensjonalnym językiem: czytając można mieć wrażenie, że oto siedzi się z głównym bohaterem przy kawie, słuchając jego barwnych opowieści. Fakt, iż niektóre zdarzenia opisane w książce wydarzyły się naprawdę, sprawia że śledzimy historię Alana z zapartym tchem i mocno mu kibicujemy, życząc, żeby niesamowita przygoda, którą sobie (i nam) zafundował, przyniosła mu pociechę. A na koniec również i nam.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz