sobota, 26 sierpnia 2017

Moyes najwyższych lotów

Pokochałam Jojo Moyes od jej pierwszej książki, którą dane było mi przeczytać. Była to „Dziewczyna, którą kochałeś”. Po każdą następną sięgałam z nadzieją, że zapewni mi takie emocje, jak ta pierwsza. Nigdy się nie zawiodłam. I choć, już po przeczytaniu kilku – a każda jest sporych rozmiarów – książek Moyes– można by się obawiać przesytu, to jej kolejna propozycja: „We wspólnym rytmie”, sprawiła tylko, że mam ochotę na jeszcze więcej.

Tym razem Moyes przenosi nas w dwa światy: świat młodziutkiej, ale nad wiek mądrej Sarah i jej miłości do koni oraz tylko pozornie uporządkowany świat Natashy – profesjonalnej prawniczki, borykającej się z trwającym rozwodem i bólem z powodu niespełnionego pragnienia bycia matką. W zaskakujących okolicznościach te dwa światy stykają się i... tutaj zaczyna się wspaniała historia podążania za głosem serca, spełnienia marzeń i poszukiwania swoich wewnętrznych prawd, po to by żyć wreszcie w zgodzie ze sobą.
Moyes w „We wspólnym rytmie” ma dla czytelników jeszcze jedną niespodziankę: przenosi nas w rzeczywistość, z którą, gdyby nie lektura tej książki, prawdopodobnie nigdy byśmy się nie zetknęli. Chodzi o Le Cadre Noir – ekskluzywną, francuską szkołę jeździecką. To w gruncie rzeczy wokół jej tajemniczości i splendoru jest osnuta cała fabuła.

Mam wrażenie, że Moyes z każdą książką dojrzewa jako pisarka. Oferuje nam coraz więcej, coraz lepszej lektury. Po książce „Ws wspólnym rytmie” z jeszcze większą niecierpliwością czekam na jej kolejną dawkę porywającej literatury.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz