Pokochałam Jojo Moyes od jej pierwszej
książki, którą dane było mi przeczytać. Była to „Dziewczyna,
którą kochałeś”. Po każdą następną sięgałam z nadzieją,
że zapewni mi takie emocje, jak ta pierwsza. Nigdy się nie
zawiodłam. I choć, już po przeczytaniu kilku – a każda jest
sporych rozmiarów – książek Moyes– można by się obawiać
przesytu, to jej kolejna propozycja: „We wspólnym rytmie”,
sprawiła tylko, że mam ochotę na jeszcze więcej.
Tym razem Moyes przenosi nas w dwa
światy: świat młodziutkiej, ale nad wiek mądrej Sarah i jej
miłości do koni oraz tylko pozornie uporządkowany świat Natashy –
profesjonalnej prawniczki, borykającej się z trwającym rozwodem i
bólem z powodu niespełnionego pragnienia bycia matką. W
zaskakujących okolicznościach te dwa światy stykają się i...
tutaj zaczyna się wspaniała historia podążania za głosem serca,
spełnienia marzeń i poszukiwania swoich wewnętrznych prawd, po to
by żyć wreszcie w zgodzie ze sobą.
Moyes w „We wspólnym rytmie” ma
dla czytelników jeszcze jedną niespodziankę: przenosi nas w
rzeczywistość, z którą, gdyby nie lektura tej książki,
prawdopodobnie nigdy byśmy się nie zetknęli. Chodzi o Le Cadre
Noir – ekskluzywną, francuską szkołę jeździecką. To w gruncie
rzeczy wokół jej tajemniczości i splendoru jest osnuta cała
fabuła.
Mam wrażenie, że Moyes z każdą
książką dojrzewa jako pisarka. Oferuje nam coraz więcej, coraz
lepszej lektury. Po książce „Ws wspólnym rytmie” z jeszcze
większą niecierpliwością czekam na jej kolejną dawkę
porywającej literatury.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz